234. Powrót do Reelfoot Lake – Tennessee

Małgorzata Kojder

Okazja powrotu do Reelfoot Lake nadarzyła się w czerwcu zeszłego roku. Dla przypomnienia: Reelfoot Lake jest rozlewiskiem powstałym po trzęsieniu ziemi, gdy pobliska Mississippi River cofnęła na chwilę swój bieg i zalała tutejsze cyprysowe lasy.
Okolica nie jest przesadnie popularna i raczej mało znana. Wśród turystów dominują miejscowi. Po atrybutach łatwo zgadnąć kto, i w jakim celu, tu przyjechał. Niektórzy dzierżą wędki, inni lornetki, a jeszcze inni statywy i aparaty fotograficzne… i każdy wyjedzie stąd usatysfakcjonowany.
Dla ochrony naturalnego środowiska i jego mieszkańców stworzono tu park stanowy. Z jedym z szefów parku (David Haggard) jesteśmy od lat zaprzyjaźnieni 🙂
Do parku wjeżdżamy późnym popołudniem. Pierwszy rzut oka kierujemy na wielkie, częściowo uschnięte drzewo, na którym lubiły siadać orły. Jak widać, nic się nie zmieniło. To obiecujący znak 🙂

Parkujemy trucka na dużym parkingu nad jeziorem i zrzucamy przyczepę. Do końca dnia nie pozostało zbyt wiele czasu, ale zdążymy na zachód słońca.

Ciszę zakłóca nadspodziewanie głośny, żabi chór. Kolejność rechotania musi tu być z góry ustalona, dźwięk przemieszca się falami, z lewej strony do prawej, i z powrotem… Jaka szkoda, że ze zdjęć nie słychać tego żabiego koncertu.

Noc spędzamy, jak zawsze, w Cypress Point Resort. Mamy tu już „swoje” miejsce, z którego fotografujemy wschody słońca. Budzik jest bezlitosny także tym razem. Na szczęście jest ciepło. Ubieranie przebiega ekspresowo, krótkie spodnie i byle jaka koszulka w zupełności wystarczą… i 3 minuty później jesteśmy na stanowisku. Spektakl już trwa…

W pewnym momencie woda na chwilę zamienia się w płynne złoto…

…po czym temperatura kolorów powoli zaczyna opadać.

Wracamy do hotelu na szybki prysznic. W restauracji czeka już David i Daryl. Śniadanie jemy wspólnie planując dzień. David znów dziś zabierze nas na wycieczkę po Reelfoot Lake. Popłyniemy w pobliże ptasich gniazd. Zanim jednak tam dotrzemy, daję się zauroczyć pejzażom.

Na czubku uschniętego cyprysu gniazdo uwiła rodzina rybołowów (osprey). Matkę, karmiącą pisklęta upolowaną właśnie rybą, bardzo niepokoi nasza obecność. Nie wypuszczając zdobyczy z pazurów, podrywa sie do lotu.

Wykonuje w powietrzu jedno okrążenie i wraca do gniazda.

Limit cierpliwości chyba wyczerpaliśmy. Zostawiamy rybołowa w spokoju i płyniemy dalej.
Na orgię kwitnienia wodnych kwiatów jest jeszcze trochę za wcześnie. Białe lilie wodne powoli jednak zaczynają rozkwitać.

Fachowe oko Davida dostrzega gdzieś daleko na drzewie białą głowę króla ptaków. To amerykański orzeł bielik (American Bald Eagle). Przygotowuję aparat, zwłaszcza iż piękne ptaszysko zaczyna niespokjnie dreptać na gałęzi. To znak, że zaraz poderwie się do lotu.

W odległych, osłoniętych od wiatru zakątkach Reelfoot Lake, krajobraz odbija się w gładkiej tafli wody, jak w lustrze.

W drodze powrotnej obserwujemy cierpliwie polującą czaplę.

W przełknięciu stosunkowo dużej ryby przez wąskie gardło czapli pomaga wstrząsanie całym ciałem:

Jeszcze tylko ostatni rzut oka na jezioro i wracamy do hotelu.

Wieczorem spotykamy się na wspólnej kolacji w Blue Bank Resort, urokliwie położonym nad samym brzegiem jeziora. Jest tu nie tylko wyśmienita restauracja, ale także hotel, sklep z pamiątkami, punkt informacji turystycznej i wynajmu łodzi.

Po posiłku zwalniamy stolik i przenosimy się na restauracyjny pomost, gdzie w romantycznych okolicznościach przyrody, z butelką czerwonego wina, kończymy dzień.

Reklamy
Opublikowano Tennessee | Otagowano , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

233. Sierra Nevada – California

Małgorzata Kojder

Wracając z Death Valley nie sposób nie zauważyć dominujących na horyzoncie ośnieżonych szczytów gór Sierra Nevada.

Łańcuch ciągnie się na długości 640 km, więc to, co widać na zdjęciach jest tylko niewielkim fragmentem całości. Góry Sierra Nevada zaczęły się wypiętrzać ok. 4 milionów lat temu. Postać dzisiejszą można podziwiać od (plus/minus) miliona lat. Głównym budulcem jest tu granit.

Z powodu unikalnego piękna i różnorodności krajobrazowej stworzono w Sierra Nevada 3 parki narodowe, 20 rezerwatów i 2 narodowe monumenty. Na wschodnich stokach rosną gigantyczne sekwoje, w lasach żyją niedźwiedzie, a liczne wodospady i górskie jeziora wabią turystów i fotografów…
My zbliżamy się do gór od strony wschodniej – stromej i urwistej. Szeroka, rozległa dolina, Owens Valley, stwarza niezliczone punkty widokowe, zwłaszcza iż tu, na pustyni, w suchym i czystym powietrzu, widoczność jest doskonała.

Łatwo stąd rozpoznać charakterystyczne turnie Mt Whitney (4421 mnpm).
Mt Whitney jest najwyższym szczytem nie tylko w Sierra Nevada, nie tylko w Kalifornii, ale także w całej kontynentalnej częsci Stanów Zjednoczonych. Na wierzchołek prowadzą 2 szlaki, jeden od wschodniej, drugi od zachodniej strony, łączące się gdzieś pod granią szczytową. Wspinaczka podobno wymaga posiadania stosownego glejtu…

Sierra Nevada stanowi zaporę trudną do przebycia. Na wschodnią stronę łańcucha da się stąd ewentualnie przedostać drogą Sherman Pass Road. Trasa wspina się trawersami i osiąga w najwyższym punkcie wysokość 2786 mnpm. Skorzystaliśmy z tego skrótu kilka lat temu i nie polecam tej drogi każdemu. Stromo, kręto, wysoko, wietrznie i baaardzo zimno…

Jedziemy dalej, do Lone Pine. Tu skończy się sielankowa pustka. Główną drogę 395 zakorkują Kalifornijczycy masowo udający się na weekend na narty…

Przecinamy korek i przez Alabama Hills wspinamy się do stóp Mt Whitney. Tu kończy się nasza „trzydniówka”. Stąd, już bez zatrzymywania się, wracamy do Bakersfield, do naszego trucka. Obiad, oddanie auta, kawa… i jeszcze dziś ruszymy w kierunku Arizony…

Opublikowano California | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

232. Powrót do Death Valley NP – California

Małgorzata Kojder

Z hotelu w Mojave wyruszamy o świcie i kierujemy się na północ. Hwy #14 przecina wielką pustynię Mojave Desert i prowadzi przez sam środek parku stanowego Red Rock Canyon w miejscu, gdzie południowy koniuszek gór Sierra Nevada dotyka zachodniego El Paso Mountains.

Klify wyrastające po obu stronach drogi mienią się kolorami na tle nieskazitelnie niebieskiego, porannego, kalifornijskiego nieba.

Kontynuując jazdę na północ zmieniamy hwy (teraz #395), by w Olancha skręcić w prawo, na wschód, w drogę #190, wprost w objęcia parku narodowego – Death Valley National Park.

Death Valley od roku 1933 cieszyła się statusem National Monument. W roku 1994, na wniosek poparty przez prezydenta Clintona, awansowała do rangi parku narodowego.
To największy park narodowy kraju, poza Alaską, naturalnie (dymensje alaskańskich parków przekraczają wszelkie „normy” i dla przeciętnego Europejczyka są trudne do ogarnięcia).
Tak czy owak, Death Valley NP rozciąga się na powierzchni 7800 km kwadratowych i składa się z kilku dolin, uwięzionych pomiędzy, mniej lub bardziej, równoległymi pasmami gór. Klimat – gorący, sychy, pustynny, a rekordy temperatur powietrza i gruntu od lat czekają na pobicie.
Nie tylko temperatury są tu ekstremalne, ale też wysokości: od najgłębszej depresji na kontynencie, -86 mppm, do 3366 mnpm (Telescpoe Peak), sprawiają iż Death Valley posiada bogatą ofertę po obu stronach skali.
Przecinamy pierwszą, piaszczystą dolinę…

…by ponownie wspiąć się na pasmo górskie i przez przełęcz Towne Pass, mijając kolorowe zbocza Panamint Butte

… zjechać do doliny najgłębszej.
To nasza druga wizyta w „Dolinie Śmierci”. Mój poprzedni wpis w tym temacie, był raczej skromny i dość lakoniczny. Niezbyt fortunnie przypadł nam czas zwiedzania tego miejsca i brutalne temperatury nie pozwoliły na wystarczająco długie przebywanie poza klimatyzowanym autem. Wędrowanie tu po szlakach, od wiosny do jesieni, jest nie tylko mało przyjemne, ale wręcz niebezpieczne i grozi śmiertelnym udarem słonecznym. Teraz, w połowie lutego, temperatura ledwo przekracza 23 stopnie Celsjusza, więc nawet suche, piaszczyste wydmy (Mesquite Flat Sand Dunes) nam niestraszne 🙂

Moim ulubionym miejscem był, jest (i chyba pozostanie) Zabriskie Point. Przepięknie zerodowane,aksamitne klify powstały podobno 5 milionów lat temu, na długo, zanim ze słonych odmętów wyłoniła się Death Valley

Nad terenem malowniczo króluje Manly Beacon (229 mnpm)

Zabriskie Point jest miejscem kultowym nie tylko z powodu magicznego uroku. Kosmiczny, pofałdowany krajobraz niejednokrotnie wykorzystywano w popkulturze. Okładkę płyty „Joshua Tree” U2 zdobi zdjęcie stąd…
Ja jednak zawsze będę kojarzyć Zabriskie Point z filmem z 1970 roku, z dramatem psychologicznym o tym samym tytule.
Reżyser, Michelangelo Antonioni, kręcił na tych wzgórzach kluczowe, dość śmiałe (jak na owe lata 🙂 ) sceny erotyczne. Tytułu nie kojarzyłam wówczas z żadnym konkretnym miejscem, a po film sięgnęłam nie dla filmu, lecz dla muzyki. Soundtrack autorstwa takich muzycznych „gigantów” jak Pink Floyd, Greatful Dead i Jerry Garcia czy Roy Orbison był dla mnie rekomendacją wystarczającą…

Korzystając z chłodnej aury, pobiegaliśmy trochę po fałdach i pojechaliśmy dalej, zwiedzić wreszcie Golden Canyon.
Szlak jest bardzo popularny i wygodny. Od parkingu wznosi się łagodnie, a z obu stron ograniczają go barwne skały.

Całość ma niewiele ponad 2 km długości, choć szlak można rozwinąć i pójść dalej – do Zabriskie Point i Gower Gulch.
Trasę wieńczą czerwone klify Red Cathedral.

Kolejnym przepięknym, fotogenicznym i intensywnie fotografowanym miejscem jest Artist’s Palette. Do „Palety” prowadzi 9-milowa, bezkolizyjna, jednokierunkowa, atrakcyjna krajobrazowo droga.

Odkryłam po drodze aż 3 wielobarwne, skalne „palety”…

…, choć ta „właściwa” Artist’s Palette znajduje się dopiero na 5 mili:

Przed zachodem słońca starczyło nam jeszcze czasu na Badwater Basin. To właśnie tu, na dnie słonego, wyschniętego jeziora znajduje się najgłębsza depresja Ameryki, -86 metrów poniżej poziomu morza.
Na dotarcie do środka jeziora szkoda nam czasu, krótki spacer po solnej skorupie musi wystarczyć…

Nad parkingiem, wysoko nad naszymi głowami, na klifie, zauważam tabliczkę zaznaczającą poziom morza.

Z Badwater łączy się jeszcze jedna ciekawostke. To właśnie stąd, każdego roku, rusza ekstremalnie trudny (najtrudniejszy??) ultramaraton – Badwater 135. Biegacze pokonują non-stop trasę liczącą 135 mil (217 km) z Badwater do Whitney Portal (2548 mnpm). Warto dodać, iż Whitney Portal jest początkiem wspinaczkowej drogi na Mt Whitney – najwyższy szczyt USA, poza Alaską, naturalnie. Żeby było śmieszniej, bieg odbywa się w pełni lata. Rekordziści pokonują trasę w 22 godziny. Termin zawodów można znaleźć w internecie. Zapisy trwają…
Noc spędzamy po wschodniej stronie Death Valley NP, w Beatty, Nevada.
O poranku nastepnego dnia jeszcze raz przecinamy Dolinę Śmierci w poprzek…

…zatrzymując się tylko raz, by obejrzeć „A Rainbow in rock”

Na koniec jedna rada: łatwo tu o pomyłkę na drodze, więc warto mieć przy sobie starą, dobrą, papierową mapę. GPS, Google Map lub inne zdobycze technologii naszych czasów zawiodą tu raczej na pewno… 🙂

Opublikowano California, Death Valley NP | Otagowano , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

231. Blossom Trail – California

Małgorzata Kojder

Central Valley jest ogromną, płaską i długą na 450 mil (720 km) doliną, wypełniającą środek Kalifornii. Idealna dla potrzeb rolnictwa, stanowi agrokulturalne zaplecze dla całego kraju. Uprawy ciągną się tu jak okiem sięgnąć, setkami kilometrów.
Nie zazdroszczę ludziom, którzy tu żyją. Region jest suchy, gorący a ciągłe prace ciężkim sprzętem na tysiącach plantacji powodują, iż nad doliną nieustannie unosi się gigantyczna, szaro-żółtawa chmura kurzu i pyłu. Sytuacja poprawia się na krótko po deszczu, czyli bardzo rzadko…
Jest tu jednak jedno miejsce, położone na południowy wschód od Fresno, w San Joaquin Valley, które na przełomie lutego i marca, w czasie kwitnienia sadów, ściąga rzesze turystów i fotografów – legendarny Blossom Trail.
Pragnienie zwiedzenia tego szlaku czaiło się w naszych głowach od kilku lat. Trudność w sfinalizowaniu marzenia polegała na koniecznym współgraniu trzech faktorów: być we właściwym miejscu, o właściwej porze i mieć przynajmniej kilka godzin czasu. I wreszcie w tym roku, po widowisku w Bakersfield, harmonogram imprez pozwolił nam wyrwać się z trucka na tzw „trzydniówkę”. Wynajmujemy auto, pakujemy sprzęt i w drogę.

Blossom Trail poprowadzony jest lokalnymi drogami w taki sposób, aby umożliwić potencjalnemu turyście przejazd pośród jak największej ilości kwitnących sadów. Broszury zawierające mapę dostępne są w miejscowych hotelach, a jeśli nie – od czego jest internet? Trasa jest dobrze oznaczona gustownym drogowskazem.

Cała pętla liczy 62 mile, co nie wydaje się dystansem przesadnie długim. Gdy jednak co kilka kilometrów następuje przerwa na fotografowanie, wycieczka staje się przedsięwzięciem bardzo czasochłonnym. Na szczęście, sady nie kwitną jednocześnie. W dniu naszej sesji, 14 lutego (Walentynki 🙂 ) większość drzew jeszcze nie zdążyła zakwitnąć, uporaliśmy się więc z robotą w 3 godziny.

Sady są świetnie zorganizowane i metodycznie nawadniane. Na pomoc ze strony natury w kwestii wody, nie można liczyć w centralnej Kalifornii… Drzewka stoją, jak żołnierze, w idealnych rzędach, w idealnych odstępach. Etykietki informują o wieku, gatunku itp…

Mam pewien kłopot z identyfikacją drzew. Podejrzewam, iż na zdjęciach powyżej widnieje sad brzoskwiniowy lub nektarynkowy. W obu gatunkach kwiecie ma bowiem kolor ciemno różowy, nawet czerwonawy. Jaśniejszy róż poniżej powinien wskazywać na morele…, proszę jednak nie brać tego za pewnik.

Z właściwego Blossom Trail można zboczyć w tzw Orange Blossom Trail, przy którym dominują cytrusy. Sady te okres kwitnienia mają już dawno za sobą. Wygląd, kolor i zapach owoców świadczy raczej o zbliżających się zbiorach. Drzewka mandarynkowe wprost uginają się pod ciężarem owoców…

Wśród pomarańczy to samo:

Na jednym z pomarańczowych drzewek dostrzegam mocno spóźniony kwiat. Nie mogę nie wsadzić nosa między płatki… Aromat jest intensywny, zupełnie nie-cytrusowy, z zamkniętymi oczami wytypowałam raczej biały bez…

Cytryny też już prawie dojrzały.

Wracamy do naszych kwitnących sadów. Biało kwitną migdałowce. Tu akurat nie mam żadnych wątpliwości, przeczytałam tabliczkę z nazwą plantacji 🙂

Ilość kwiecia wskazuje jednoznacznie intensywniej nasłonecznioną stronę. Nie trzeba być harcerzem, żeby rozpoznać tu, nawet w pochmurny dzień, kierunki świata 🙂

Odradzam zbyt głębokie zapuszczanie się w alejki między drzewa z dwóch powodów. Po pierwsze, sady są własnością prywatną i nie każdy właściciel toleruje, gdy ktoś obcy mu się po włościach szwenda. Drugim powodem może okazać się nagły i niespodziewany, chemiczny, niekoniecznie zdrowy natrysk. W obu przypadkach szybka ewakuacja wydaje się sensowna…

W fotografowaniu nieustannie towarzyszy mi głośne, jednostajne brzęczenie pszczół. Ule porozstawiane są na obrzeżach sadów. Na szczęście, pszczoły są zbyt zajęte pracą, żeby zwracać na mnie uwagę… W lokalnych sklepikach warto zapytać o tutejszy miód.

Kolejny biało kwitnący sad wygląda nieco inaczej. Kształt drzew przywodzi mi na myśl śliwy (??)

Wycieczkę kończymy wśród drzew brzoskwiniowych. Przed nami perspektywa dobrego obiadu w „Rubios” i dość długa jazda do Mojave, gdzie spędzimy noc…

Opublikowano California | Otagowano , , , , , , , , , , , , | 2 Komentarze

230. Apache Trail – Arizona

Małgorzata Kojder

Nocny lot z Honolulu do Phoenix (Arizona) jest przedostatnim etapem nowozelandzkiej podróży. Lądujemy tu wcześnie rano i zostajemy do następnego dnia. Czas wykorzystamy na odwiedziny pracodawców w Stage Call w Apache Junction, gdzie znajduje się główna siedziba firmy. W wypożyczalni samochodów na lotnisku odbieramy auto i ruszamy na wschód. W biurze praca wrze, więc nie zamęczamy nikogo długimi opowieściami o Nowej Zelandii. Uzupełniamy „papierologię” i wycofujemy się.
Co zrobić z tak wcześnie rozpoczętym dniem w Apache Junction? Odpowiedź może być tylko jedna. Apache Trail.
Zatrzymujemy się na chwilę w „The Superstition Mountain Museum”, które uczy o bogatej historii Arizony, od Apaczów począwszy. Najczęściej fotografowaną atrakcją jest tu jednak mały kościółek, Elvis Memorial Chapel. Kaplica powinna być znana fanom z westernu „Charro!” z 1969 roku. Budynek przeżył już 2 pożary, ale został zrekonstruowany i cieszy się niesłabnącą popularnością wśród nowożeńców, którzy rezerwują tu termin ślubu z dużym wyprzedzeniem.

Drogę Apache Trail zbudowano w 1930 roku dla potrzeb budowanych tu wzdłuż Salt River zapór wodnych. Canyon Lake jest jednym z czterech jezior powstałych w wyniku spiętrzenia rzeki. Nazwa jeziora ilustruje krajobraz najtrafniej.

Po ostatnich deszczach strumień wody przelewa się przez drogę. Jest jednak na tyle płytki i leniwy, że ryzykujemy dalszą jazdę…

W ostatnim fragmencie Apache Trail biegnie równolegle z korytem rzeki…

…, której nurt nagle blokuje zapora wodna. Theodore Roosevelt Dam zbudowano w 1911 roku. Tama ma 300 stóp (90 metrów) wysokości i stanowi główny element projektu „Salt River Project”. Tuż za zaporą kończy się 40-milowy Apache Trail… Wracamy do Phoenix. Jutro odlecimy do Nashville, gdzie definitywnie zakończymy naszą wielką podróż. Z samolotu przesiądziemy się do trucka, by zgodnie z tytułem tego bloga, kontynuować trasę truckiem-po-ameryce 🙂

Opublikowano Apache Trail, Arizona | Otagowano , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

229. Ostatnie refleksje – New Zealand

Małgorzata Kojder

Poniedziałek, 27 lutego, rozpoczynamy gruntownym sprzątaniem kampera i pakowaniem dobytku. Potem prysznic, śniadanie i przekazanie niezjedzonych dóbr. Zostawiamy prowiant suchy (makarony), przyprawy i puszki w kampingowej kuchni. Mam nadzieję, że ktoś z nich skorzysta…
Ruszamy w ostatnią trasę, do wypożyczalni kamperów, gdzie rozliczamy się z powierzonego nam sprzętu i załatwiamy formalności. Pani z obsługi odwozi nas do hotelu, niedaleko lotniska. Tu spędzimy naszą ostatnią noc w Nowej Zelandii.
Mamy teraz czas na selekcję kilograma muszelek i pranie. Nową Zelandię opuścimy jutro z czystymi ubraniami 🙂
Czas na podsumowanie.
Spisanie wspomnień oraz selekcja 10 tysięcy zdjęć zajęła mi prawie rok. Aż trudno uwierzyć, że dokładnie rok temu, o tej porze TAM byliśmy…
Spędziliśmy na antypodach 42 dni. Czy widzieliśmy wszystko? Naturalnie, że nie.
Czasem pogoda popsuła nam szyki i musieliśmy spontanicznie zmienić plany. Przykład? Do zwiedzenia Wellington podchodziliśmy 2 razy. Nic z tego. Stolica Nowej Zelandii już na zawsze pozostanie w mojej pamięci osnuta gęstą zasłoną deszczu i szargana silnym wiatrem… Miasto możemy podziwiać tylko na cudzych zdjęciach…


Fot. Jonathan Usher

Raz do nieplanowanego objazdu zmusił nas dosłowny brak drogi do Kaikoura po trzęsieniu ziemi w 2016 roku.


Fot. http://www.sciencemag.org

Czasem coś przegapiliśmy skutkiem niewiedzy. Źle odrobiłam zadanie domowe, coś mi umknęło, daliśmy się ponieść tłumowi turystów zamiast pojechać tam, gdzie jeżdżą nieliczni. W Fiordland National Park zwiedziliśmy tylko słynny Milford Sound, ignorując pobliską „perłę” – skromniej okupowany, mniej popularny, choć równie piękny Doubtful Sound. Szkoda…


Fot. Liz Carlson, youngadventuress.com

Czasem w eksploracji zatrzymywała nas tabliczka z napisem „Private property”. Pomimo istniejącej drogi i pustki dookoła, z respektem zawracaliśmy. Mogliśmy naturalnie udawać nieczytatych idiotów, ale czynienie z ignorancji atutu jakoś nam nie pasowało… Dlatego Cape Campbell Lighthouse, znaną z filmu „Light between oceans” znamy tylko ze zdjęć… i z filmu, naturalnie.


Fot: Andris Apse

Słynny, całodniowy szlak Tongariro Alpine Crossing odpuściliśmy z powodu niewystarczającej wiary we własną kondycję. Z zazdrością i podziwem oglądam cudze zdjęcia…


Niestety, nie potrafię podać nazwiska autora. Zdjęcie figuruje na stronie http://www.bookme.co.nz

Musiałam też skorygować moją pierwotną (nie najlepszą) opinię na temat nowozelandzkiego jedzenia. Przy odrobinie wysiłku (i nakładzie kosztów) da się znaleźć restauracje z wyśmienitym jadłem i reputacją, szczególnie wśród entuzjastów owoców morza i baraniny.
Jeszcze raz pochwalę tutejsze wina. Znakomite! Tylko raz trafiliśmy „kulą w płot” przy wyborze trunku, któremu smakiem bliżej było do rodzimego jabola niż do wina. Zwiodła mnie gustowna naklejka, pod którą niekoniecznie musi się kryć równie atrakcyjna zwartość… Nazwy winnicy nie wymienię, przyznam się tylko, że wino drogie nie było. No cóż… You get what you pay for… (Dostajesz to, za co zapłaciłeś)

Planując sesje fotograficzne, warto pamiętać o tym, iż słońce „wędruje” tu po niebie w „niewłaściwą” stronę 🙂 Wschodzi, owszem, na wschodzie, lecz potem przemieszcza się w lewo, by w południe świecić dokładnie na północy. Taka wiedza przydaje się fotografom…
Jeszcze kilka ciepłych słów o Nowozelandczykach. W sytuacjach problematycznych można bez wahania pytać miejscowych o wskazówki. Ludzie są tu mili, otwarci, tolerancyjni i przyjaźnie nastawieni do obcych. Za publiczne używanie obcego języka nic tu nie grozi. Nawiasem mówiąc, znam kraj, w którym osoby posługujące się językiem obcym, niemieckim w szczególności, narażają siebie i rozmówcę na ciężkie pobicie. Nowej Zelandii ten problem nie dotyczy, tu można czuć się bezpiecznie i komfortowo.

We wtorek wieczorem, 28 lutego wylatujemy z Auckland. Przekraczamy granicę daty i lądujemy na Hawajach… we wtorek rano!
Odzyskujemy jeden dzień, który straciliśmy rozpoczynając naszą podróż po Nowej Zelandii 🙂
Honolulu dopiero budzi się do życia, nad lotniskiem wschodzi słońce.

Miły recepcjonista nie każe nam czekać na pokój do południa. Dostajemy klucze natychmiast i resztę dnia, z przerwą na posiłek, przesypiamy.
Z plaży nie skorzystamy w konwencjonalnym znaczeniu tego słowa. Jest pochmurnie i pada deszcz. Nie tak powinna wyglądać hawajska plaża, ale przecież nie można mieć wszystkiego… 🙂

Opublikowano New Zealand | Otagowano , | Dodaj komentarz

228. Auckland – New Zealand

Małgorzata Kojder

W sobotę 25 lutego pokonujemy ostatni, 160-kilometrowy odcinek podróży, z Bowentown do Auckland. Nie zatrzymujemy się po drodze, spieszymy się, gdyż najbliższy centrum miasta kamping jest bardzo intensywnie okupowany. Po południu znalezienie wolnego miejsca graniczy z cudem. Pierwsze kroki kierujemy więc na kamping i zajmujemy przedostatnie wolne stanowisko. Zwiedzenie miasta zostawiamy sobie na jutro, a dzisiejszy dzień spędzamy przy kampingowym basenie. Na obiad zjemy ostatnie ziemniaki – tym razem w postaci chrupiących placków ziemniaczanych. Pożegnalny posiłek dopełni tort bezowy ze świeżymi malinami i bitą śmietaną.
Następnego dnia rano wyruszamy miejskim autobusem do centrum Auckland. Pierwsze kroki kierujemy do portu, Waitemata Harbour.

Auckland jest największym miastem Nowej Zelandii . Populacja przekracza 1,5 miliona mieszkańców. Miasto jest multikulturowe, pulsujące i pełne życia, z wyraźnie odciśniętym piętnem kultury brytyjskiej i polinezyjskiej.
Ikoną miasta jest Sky Tower, najwyższa budowla kraju.

Wieża obserwacyjna i telekomunikacyjna osiąga wysokość 328 m. Na poziomie 220 metrów znajduje się platforma, z której podziwiać można 360-stopniową panoramę miasta i okolicy. W sprzyjających warunkach pogodowych wzrok sięga na odległość 80 km. Chętni mogą stąd skoczyć w odchłań na bungee. Stosowne stanowisko znajduje się na wysokości 194 metrów nad poziomem ulicy.

Wjeżdżamy na górę. Widok jest faktycznie wspaniały. W fotografowaniu trochę przeszkadza mi niebieska poświata szyb…
W rankingu „Traveler” z 2016 roku Auckland uznano oficjalnie trzecim, najlepszym do życia miastem świata, po Wiedniu i Zurychu, przed Monachium i Vancouver. Mój ukochany Berlin znalazł się na pozycji 13…, a najprzyjemniejsze z amerykańskich miast, San Francisco, na 28…
Mimo, iż Auckland uchodzi także za jedno z najdroższych miast, miejscowe lotnisko obsługuje miesięcznie milion pasażerów.

Auckland cieszy się bardzo przyjemnym, morskim, podzwrotnikowym klimatem, ciepłym latem, łagodną zimą. Średnia temperatura w lutym wynosi 24, w lipcu 14 stopni Celsjusza. Miasto położone jest na bazaltowym polu wulkanicznym. W okolicy naliczyć można ok. 50 wulkanicznych stożków.
Drugą architektoniczną ikoną Auckland jest zbudowany w 1959 roku Harbour Bridge. Przebiega nim główna, przelotowa droga w kraju, hwy#1.

Krajobraz na południowym wschodzie zdominowany jest przez zielone wzgórze z wielką bryłą gmachu Auckland War Memorial Museum. Zbudowane w 1920 roku z myślą o ofiarach wojny, stało się czymś więcej. Oprócz militariów i pamiątek wojennych, zawiera wystawy związane z historią kraju, kulturą Maori i jest największym muzeum Nowej Zelandii.

Najbardziej znaną galerią sztuki jest Auckland Art Gallery „Toi O Tamaki”. Otwarta 17 lutego 1888 roku, początkowo dzieliła powierzchnię z biblioteką publiczną. Z biegiem czasu kolekcja rozrosła się do 16 tysięcy dzieł sztuki. Powstała potrzeba budowy dodatkowego skrzydła. Stary gmach kontrastuje z nowoczesnym wejściowym atrium…

…w którym w czasie naszej wizyty trwa akurat wystawa nowozelandzkiej sztuki współczesnej: Judy Darragh, „Limbo”. Ze stropu, wysoko nad podłogą atrium, zwisa 8 meteoryto-podobnych kolorowych tworów, mających symbolizować związek między science-fiction a codziennością. Konstrukcje wykonane są z kuchennej folii aluminiowej…

Wprost z galerii wkraczamy do Albert Park. Przy wiktoriańskiej fontannie, w ocienionych alejkach, regenerujemy siły do dalszego zwiedzania…

Wracamy do portu, skąd wypływamy na krótką wycieczkę po zatoce. Stąd najlepiej prezentuje się Auckland Skyline.

Auckland, nie bez powodu, nazywane jest „City of sails”. Patrząc na port, Waitemata Harbour, trudno oprzeć się wrażeniu, iż każdy obywatel tego miasta posiada żaglówkę…
I tym romantycznym widoczkiem kończymy naszą wizytę w Auckland. Wracamy na ląd, w portowej restauracji jemy późny obiad, patrząc na zatokę. Przed nami ostatnia noc na kampingu. Jutro przyjdzie nam rozstać się z naszym małym, białym domkiem na kółkach…

Opublikowano New Zealand | Otagowano , , , , , , | Dodaj komentarz