245. Wormsloe Plantation – Savannah, Georgia

Małgorzata Kojder

Zaledwie 10 mil na południowy wschód albo 20 minut jazdy od centrum Savannah znajduje się to magiczne miejsce. Wormsloe Historic Site lepiej znane jako Wormsloe Plantation istnieje od 1737 roku. Założyciel, Noble Jones, był brytyjskim kolonistą. Tu mogłabym się pochwalić znajomością przeszłości tego przybytku albo przynajmniej udawać, że mam choć mgliste pojęcie o historii… Niestety… No cóż, nie utożsamiam się z historią Georgii i nie interesuje mnie ani muzeum, ani pamiątki, ani ruiny… Interesuje mnie droga, która do nich prowadzi.

Dębowa aleja przypomina tę, którą znamy z Vacherie, Louisiana. Urodą i magią charakteryzują się obie jednakowo. Wormsloe posiada jednak dwie ważne zalety: jest wilokrotnie dłuższa (ponad 2 km) i udostępniona dla ruchu 🙂
Dębów nie liczyłam, ale jeśli wierzyć tekstom źródłowym, powinno być ich tu około 400.

Jeździmy więc, stajemy, fotografujemy, czekamy na zmianę światła, na słońce, na chmury, na opadnięcie kurzu, na pustkę…

Jazda w naturalnym, zielonym tunelu, w plamach światła i cienia, pod łukiem z grubych konarów, spod których straszy Jurka hiszpański mech, ma w sobie coś magicznego. Wiem, że zdjęcie zrobione podczas jazdy przez brudną szybę nie spełnia kryteriów jakości, ale chyba oddaje dość dobrze atmosferę tego miejsca.

I chociaż to nie tutaj kręcona była kultowa scena, to jednak chciałoby się krzyknąć:
Run Forrest, run !!” 🙂

Reklamy
Opublikowano Georgia | Otagowano , , , , , , | Dodaj komentarz

244. Savannah – Georgia

Małgorzata Kojder

Savannah już od lat znajdowała się na mojej „Bucket List”. Wiele razy przejeżdżaliśmy autostradą I-95, tuż obok, ale nigdy nie mieliśmy czasu na „skok w bok” do miasta. Sierpniowej, 3-dniowej okazji nie zmarnowaliśmy, choć sierpień nie jest najmądrzejszym terminem w tych klimatach. Nie o mądrość nam jednak tym razem chodziło, lecz o wykorzystanie idealnej okazji zwiedzenia tego miasta.
Savannah jest prawdziwą perłą Georgii. To nie tylko najstarsze miasto stanu, założone w 1733 roku, ale też jego pierwsza stolica i ważny, z racji geograficznego położenia, port atlantycki. Miasto leży u ujścia rzeki, od której zapożyczyło nazwę.

Panuje tu wilgotny, subtropikalny klimat. Zimy są krótkie i łagodne, lata długie i gorące. Konsekwencją tychże jest bujna roślinność i niezliczone parki, parczki i zielone skwery, z których Savannah słynie. Stare, wielkie dęby, obwieszone obficie hiszpańskim mchem, są stałym elementem prawie każdej fotografii.

Savannah położona jest „ryzykownie” w sensie narażenia mieszkańców na uderzenia tropikalnych huraganów. Zdaje się to jednak zupełnie nie przeszkadzać populacji ponad 387 tysięcy ludzi, którzy tu mieszkają i mają się dobrze (póki co…)
Przejdźmy do zwiedzania:
Perłą miasta jest Historic District – historyczna dzielnica, położona w samym centrum. Zachęcam do porzucenia samochodu i powałęsania się po okolicy pieszo. Szkoda byłoby przegapić urokliwe zaułki, piękne i urozmaicone architektonicznie budynki, skrywające się tuż za rogiem, romantyczne ławeczki w cieniu rozłożystych dębów…

Zainteresowanych alkoholem ( w sensie historycznym, naturalnie) odsyłam do Prohibition Museum. Można tu pospacerować pośród propagandowych plakatów z lat dwudziestych ubiegłego wieku, których hasłami rząd próbował wpłynąć na amerykańskich wyborców. No cóż, osiągnięto tyle, iż produkcja wysokoprocentowego alkoholu zeszła do podziemia niemal natychmiast po tym, gdy ustawa weszła w życie, proceder rozkwitł, wymknął się spod rządowej kontroli, stając się biznesem bardzo intratnym… A 75-procentowy, tradycyjny bimber o romantycznej nazwie „Moonshine” cieszy się do dziś dużą popularnością (kultem?) i jest sprzedawany, jak za dawnych lat, w zakręcanych słoikach.

Kopułę miejskiego ratusza, City Hall, pokrywa bibułkowo cienka warstwa 23-karatowego złota. Budynek stoi tu od 1906 roku.

Fanom filmu „Forrest Gump” polecam Chippewa Square. To właśnie tu, siedząc na ławeczce, ustawionej specjalnie dla potrzeb filmu, tytułowy Forrest opowiadał przypadkowym słuchaczom historię swojego życia. Skwer cieszy się ponadto ładnym pomnikiem generała Ogelthorpe oraz bliskością pieknej architektury i teatru.

Przy Lafayette Square znajduje się najsłynniejszy hotel w SavannahThe Hamilton Turner Inn. Nieduży, tylko 17 pokoi, ale luksusowy i cieszący się dużym prestiżem i elegancją, stoi tu już od 1873 roku.

Mniej z duchowej potrzeby, bardziej dla wytchnienia od upału i turystycznej ciekawości, weszliśmy do chłodengo wnętrza Cathedral of St. John the Babtist. To najpopularniejszy, rzymsko-katolicki kościół w mieście. Bryła w stylu francuskiego gotyku góruje nad Savannah od 1876 roku.

A skoro już o kościołach mowa, Savannah posiada ich znacznie więcej. Oto kilka o znaczeniu historycznym: First Babtist Church, Lutheran Church of the Ascension, First African Babtist Church…

Największym parkiem dzielnicy jest Forsyth Park – duży prostokąt zieleni, pełen drzew, otoczony willami w stylu wiktoriańskim, z centralnie usytuowaną fontanną. Tu chętnie fotografują się nie tylko turyści, ale i miejscowi nowożeńcy.

Nad rzeką, przy River Street, dużą popularnością cieszy się sklep ze słodyczami. Aromaty z półek pełnych kolorowych cukierków i waty cukrowej, mogą przyprawić łasuchów o szybsze bicie serca, mnie – w ekstremalnie upalny dzień – raczej o mdłości. Obligatoryjna fota i wypad.

Po starych, historycznych schodach wspinamy się do kolejnego parku…

Obiad jemy w małej, włoskiej restauracji. Rodzinny biznes, wierny najlepszym tradycjom włoskiej kuchni okazuje się strzałem w dziesiątkę. Dawno nie jadłam tak dobrej pasty (czytaj: klusek) i nie piłam tak dobrej kawy. O czym można pogawędzić z włoskim kelnerem ? Naturalnie, o piłce nożnej !! Oj, ponarzekaliśmy sobie… Jurek dostał na osłodę (i ochłodę) cytrynowy sorbet.

Nie mogę nie wspomnieć o plaży. Znajdującą się na wyspie Tybee Island nadatlantycką plażę, mieszkańcy Savannah uważają za swoją.

Wracamy do miasta i jeszcze trochę, bez wyraźnego celu, wałęsamy się po historycznej dzielnicy i fascynujących parczkach…, i chyba niepotrzebnie zaglądam na tyły malowniczego zaułka…

…i czar pryska… Na szczęście tylko na chwilę, bo kawałek dalej znów jest pięknie 🙂

Opublikowano Georgia | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

243. Valley of Fire State Park – Nevada

Małgorzata Kojder

Kilkudniowy, przymusowy (czytaj: „służbowy”) pobyt w Las Vegas bywa dla nas, nie-hazardzistów, trochę nudny. Na szczęście miasto otoczone jest Naturą przez duże „N”, na łono której można się wybrać bez żadnych wielkich kłopotów. Wypożyczamy małe autko i skoro świt ruszamy do parku stanowego Valley of Fire. Tak tak, wiem, jesteśmy tu już trzeci raz, ale kto raz polizał krwi…
Do parku wjeżdżamy od strony wschodniej nie bez powodu: droga 167 może być bowiem celem samym w sobie. Pustynia, pustka, poranny chłód…

… i kolorowe góry na horyzoncie:

Valley of Fire State Park istnieje od 1935 roku, co stawia go na pierwszym miejscu w hierarchii starszeństwa w stanie Nevada.
Pierwotnie założyłam, iż poniższe zdjęcie będzie pełniło funkcję tytułową tego rozdziału, ale zakłóciłoby to chronologię wycieczki. Zwiedzanie parku oficjalnie liczy się od teraz:

Tuż za wjazdem witamy się ze starym, dobrym znajomym słoniem. Elephant Rock ma się dobrze. Jak dotąd, nikt nie nadwyrężył jego kondycji, trąba jest nadal tam, gdzie być powinna, i niech dla przyszłych pokoleń tak zostanie…

Tym razem więcej uwagi poświęcamy kamieniom po lewej stronie drogi. Można tu znaleźć mnóstwo, w większości nienazwanych, naturalnych łuków skalnych. Czerwony piaskowiec, maltretowany od 150 milionów lat przez wiatry, deszcze, mrozy… poddaje się erozji, przybierając fantastyczne formy i kształty.

Jurek wziął na siebie trud wspinaczki do Arrowhead Arch i sfotografował łuk z bliska.

Ponadto, stąd widać najlepiej, czemu dolina zawdzięcza swoją nazwę. „Valley of Fire” czyli „Dolina Ognia” powinna porażać ceglastą czerwienią… I tak jest w istocie. Dominującą skałą, przynajmniej w tej części parku, jest tzw „Aztec sandstone”.

17 km drogi, pomiędzy wschodnim a zachodnim wjazdem do parku cieszy się od 1995 roku statusem Drogi Scenicznej. Dziwne? Chyba nie… 🙂

Stąd udajemy się już prosto do parkingu #3, skąd wyruszamy na szlak do słynnej Fire Wave. Warto go sobie zaplanować w pierwszej kolejności – nie tylko z powodu dużej popularności wśród turystów, ale też wysokich temperatur (latem – morderczych) i całkowitym brakiem cienia, w którym można by się schronić i odpocząć. Opis szlaku jest powszechnie dostępny, więc daruję sobie…
Najbardziej charakterystycznym, zewsząd widocznym punktem w okolicy jest wielka, czerwona bryła Gibraltar Rock.

W chwilę później, gdy docieramy już do Fire Wave, paskowany obficie teren pochłania naszą uwagę bez reszty…

Zamiast wrócić tym samym szlakiem do samochodu, kontynuujemy wędrówkę i po zejściu z Fire Wave, skręcamy w prawo, na zachód. Podążamy suchym dnem potoku, który powinien doprowadzic nas do Różowego Kanionu. Kolor piasku jednoznacznie sugeruje, iż jesteśmy na dobrej drodze:

Pink Canyon (albo jak kto woli – Pastel Canyon), pozwala każdemu chętnemu „wyżyć się” fotograficznie w bogactwie form i orgii kolorów.

Chodzenie po czymś tak pięknym i delikatnym w ciężkich, traperskich buciorach, wydaje mi się świętokradztwem, profanacją lub, w najlepszym razie, zniewagą arcydzieła natury. Na szczęście, szlak nie jest wystarczająco popularny i tłumy, jak dotąd, nie miały szansy zniszczyć kruchej struktury piaskowca.

Często fotografujemy detale, zwracające naszą uwagę wyjątkowym deseniem, strukturą, rysunkiem, a nawet geometryczną precyzją Matki Natury, dla której kreślenie linii równoległych to igraszka 🙂

I tak, w fotograficznym amoku, docieramy do asfaltowej szosy, skąd moglibyśmy wygodnie wrócić do auta. Jednak w wyjątkowych okolicznościach przyrody , gdy w naszych żyłach płynie adrenalina zamiast krwi, idziemy „za ciosem”, przechodzimy na drugą stronę jezdni, by ponownie zagłębić się w pustynię. Tu odkrywamy krótki, ale malowniczy wąwóz szczelinowy.

Godzinę i kilkaset zdjęć później, wreszcie wracamy szosą do samochodu, utrwalając krajobraz resztkami sił 🙂

Cała reszta naszego dwudniowego pobytu w Valley of Fire upływa typowo czyli atrakcyjnie, interesująco, na łonie fantastycznej, trochę nie-ziemskiej natury. Wisienką na torcie jest odnalezienie małego i mało popularnego łuku skalnego, ukrytego w jaskini Fire Cave i znanego pod nazwą Fire Cave Arch lub Windstone Arch.

Wnętrze jaskini może wydawać się przestronne, ale to złudzenie, manipulacja obrazem z szerokokątnego obiektywu. Tak naprawdę w jaskini jest miejsce dla jednego, „normalnego” człowieka. Fotografowanie musi odbywać się w pozycji (prawie) embrionalnej. Tak czy owak, było warto 🙂

Opublikowano Nevada, Valley of Fire SP | Otagowano , , , , , , | 3 Komentarze

242. Balboa Park – San Diego, California

Małgorzata Kojder

Następny dzień w całości spędzamy w najsłynniejszym parku San Diego.
Balboa Park wymieniany jest wśród atrakcji turystycznych miasta na jednym z pierwszych miejsc.
Park położony jest centralnie i zajmuje powierzchnię 490 hektarów. Są tu otwarte, wiecznie zielone przestrzenie z bujną, tropikalną wegetacją, są zadbane ogrody i ogródki botaniczne, alejki spacerowe, kilka muzeów, teatrów, restauracji i sklepów z pamiątkami. Jest wreszcie słynne ZOO, które, moim zdaniem, wymaga dodatkowego dnia czasu…
Zwiedzanie zaczynamy od japońskiego ogrodu, Japanese Friendship Garden.

Jak na japoński ogród przystało, nie może w nim zabraknąć drzewek bonsai. Niektóre właśnie kwitną 🙂

Największe jednak wrażenie robi tu architektura. W budynkach muzeów i teatrów miesza się styl kolonialny z hiszpańskim barokiem i rokoko. Fasady są bogato zdobione i pełne wyszukanych ornamentów. Przykład ? Casa del Prado…

… albo Casa de Balboa:

Nocą dochodzi jeszcze dodatkowy efekt zdobiący: kolorowe oświetlenie.

Moim ulubionym elementem architektonicznym są łuki i arkady, a tych w baroku nie brakowało. Arkady spełniają tu zresztą zadanie nie tylko estetyczne, dają także upragniony cień, co w środku lata, w południowej Kalifornii, nie jest bez znaczenia.

Najczęściej fotografowanym budynkiem w parku Balboa jest podobno Botanical Building. Zbudowany z okazji wystawy w 1915 roku pawilon cieszy się ogromną pularnością wśród turystów… Być może za sprawą Lily Pond, niewielkiego akwenu, w którym Botanical Building odbija się w bezwietrzny dzień, jak w lustrze ? Nasz dzień nie był bezwietrzny, to i odbiciu do perfekcji daleko…

Jest w parku Balboa także ogród różany…

…a na licznych klombach i trawnikach – wszechobecna stokrotka afrykańska:

Opublikowano California | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz

241. Sunset Cliffs Natural Park – San Diego, California

Małgorzata Kojder

Po widowisku w San Diego zostajemy w mieście na 2 dni. Chcemy dokładniej przyjrzeć się „klifom zachodzącego słońca”. Sunset Cliffs Natural Park jest jedną z piękniejszych atrakcji miasta. Tu można naprawdę na chwilę zapomnieć o tętniącym życiu metropolii i 365 razy w roku obserwować słońce zanurzające się w ocean…
Klify znajdują się w dzielnicy Point Loma, naturalnie w bezpośrednim sąsiedztwie Pacyfiku i ciągną się wzdłuż wybrzeża przez kilka kilometrów.

Klify są bogato rzeźbione, pełne naturalnych jaskiń, łuków, zatoczek i plaż. W kilku miejscach da się zejść do poziomu oceanu, warto wówczas znać czas przypływu… Kilka miejsc podobno znakomicie nadaje się do surfingu.

Teren obok klifów jest zamieszkany, znalezienie miejsca na parking nie jest łatwe, szczególnie przed zachodem słońca, amatorów naturalnego spektaklu nie brakuje. Nawet miejscowi, nie mający adekwatnego widoku z własnego tarasu, ogrodu czy okna, przychodzą na klify przed wieczorem… Można tu także wziąć ślub w romantycznych okolicznościach przyrody.
My mieliśmy pecha, słońce tego wieczoru było zupełnie niewidoczne, dlatego w fotografowaniu skoncentrowalam się na formach skał…

Wzdłuż klifów poprowadzony jest piękny szlak spacerowy, ale uwaga: szlak znajduje się w terenie niestabilnym, jest niebezpieczny i w żaden sposób niezagospodarowany. Szczególną ostrożność należy zachować podczas przypływów, gdy silne fale mogą przestraszyć i spowodować niefortunny krok lub oderwanie kawałka gruntu pod nogami…
No to jeszcze raz mój ulubiony kawałek klifu:

Opublikowano California | Otagowano , , , , , , , , | 2 Komentarze

240. Roosevelt Island – New York City

Małgorzata Kojder

Każdemu, kto zmęczony zwiedzaniem Nowego Jorku i pogonią za atrakcjami na Manhattanie, pragnie trochę odpocząć, nie rezygnując jednocześnie z poznawania miasta, polecam wycieczkę na Roosevelt Island. Wyspa jest integralną częścią New York City, od Manhattanu dzieli ją zaledwie kilkaset metrów, a mimo to stanowi swoistą enklawę w objęciach wielkiej i głośnej metropolii.
Zwiedzanie wyspy w niedzielne przedpołudnie dało nam wrażenie wyizolowania i spokoju, o co w Nowym Yorku raczej trudno…
Roosevelt Island, wąska (240 metrów) i długa (3,2 km), położona jest na rzece East River, bezpośrednio pod mostem Queensboro Bridge, łączącym Manhattan i Queens, z którego jednak nie ma na wyspę dostępu. Dotrzeć tu można tylko kolejką linową (Roosevelt Island Tramway), a przystanek znajduje się na rogu 59 Street i Second Avenue.

Aż trudno uwierzyć, że most nad nami egzystuje od 1909 roku !

Niegdyś, z powodu odizolowania, na wyspie działały szpitale (zakaźny i psychiatryczny) oraz więzienie. Dziś, gdy dawne placówki zmieniły rangę z użytkowej na historyczną, mam wrażenie, że jest to dość elitarny adres. Populacja mieszkańców wynosi około 11 tysięcy, wśród których można znaleźć kilka prominentnych nazwisk…
Jest tu kilka sklepów, kilka restauracji, kilka parków, a hałas Manhattanu (prawie) tu nie dociera.
W środku Roosevelt Island, pośród nowoczesnych budynków, uwagę przykuwa kościół z 1889 roku, Chapel of the Good Shepherd.

Wyspę da się obejść dookoła nadrzeczną promenadą. Po stronie wschodniej widać Queens…

…, po zachodniej – Manhattan z budynkiem ONZ.

Jedną z atrakcji są ruiny dawnego Smallpox Hospital, który spełniał funkcję szpitala chorób zakaźnych od 1856 do 1950 roku. Dziś resztki murów pokrywa bluszcz, a rezydentami są ewentualnie bezpańskie koty.

Roosevelt Island jest też siedzibą słynnego uniwersytetu Cornell Tech. Jak na inżynierską szkołę przystało, architektura i forma budynków jest odważna i nowoczesna. W 2019 roku, w ramach kompleksu powstanie też hotel…

Opublikowano New York, New York City | Otagowano , , , , , , | Dodaj komentarz

239. Yosemite National Park – California

Małgorzata Kojder

Yosemite odwiedzamy już trzeci raz, dlatego myślę, że mogę autorytatywnie doradzić, która pora jest dla zwiedzania najlepsza. To późna wiosna, maj.
Nasz pierwszy raz przeżyliśmy tu w pełni lata. Było pięknie, gorąco, ale przepychanka na szlakach pośród tysięcznych rzesz turystów oraz beznadziejne krążenie po parkingach w poszukiwaniu wolnego miejsca, może budzić frustrację u najcierpliwszych.
Drugi raz zajrzeliśmy tu jesienią. Turystów – wyraźnie mniej, a krajobraz, choć nadal piękny, traci swój bardzo ważny atut – wodospady, które już od przełomu lipca i sierpnia są wyschnięte.
Na początku maja, warunki zdają się być perfekcyjne: ciepło, lecz nie za gorąco; świeża zieleń; rzeka (Merced River) szeroko rozlana po łąkach, stwarza malowniczą kulisę, pełną lustrzanych odbić dla fotografów; a wodospady, nabrzmiałe wodą do ostateczności, z hukiem roztrzaskują się o granitowe klify.

Już w 1890 roku dostrzeżony został wyjątkowy urok tej okolicy, co zaowocowało objęciem jej ochroną i nadaniem statusu parku narodowego. A od roku 1984 Yosemite stał się dobrem i skarbem nie tylko narodowym, ale także ogólnoświatowym, i figuruje na liście światowego dziedzictwa naturalnego UNESCO (World Heritage Site).
Yosemite National Park ukryty jest w górach Sierra Nevada w Kalifornii. Jego powierzchnia zajmuje ponad 3000 km kwadratowych. Roczna liczba turystów przekracza 4 miliony. Tyle statystyki.

Oferta Yosemite jest szeroka: wysokie, granitowe klify, liczne wodospady, czyste rzeki i potoki, sekwoje-giganty, góry i górskie jeziora, szlaki o różnych stopniach trudności zaspokoją potrzeby każdego turysty – od łatwych tras spacerowych do ekstremalnie trudnych dróg dla zaawansowanych w sztuce, wytrawnych alpinistów. Yosemite zaspokoi każdego. Każdego, względnie wrażliwego na piękno człowieka, zachwyci, przyprawi o szybsze bicie serca lub zatrzyma na chwilę oddech.

Centralnym punktem parku jest Yosemite Valley. Dolina ma 13 km długości, jest zamknięta w objęciach strzelistych klifów, a spektakularny widok, jaki roztacza się z punktu o nazwie „Tunnel view”, jest najlepszą zapowiedzią dalszych atrakcji.
Stąd doskonale widać typową, polodowcową formę doliny i nie potrzeba szczególnie wybujałej fantazji, żeby wyobrazić sobie, jak lodowiec wypełniał dolinę po brzegi i rzeźbił ten krajobraz przed milionami lat…

Po lewej stronie nad Yosemite Valley zdecydowanie dominuje El Capitan, po prawej wodospady Bridalveil Fall, a w oddali charakterystyczny w formie Half Dome. Dookoła słyszę tylko klikanie aparatów fotograficznych…

Zjeżdżamy w dół, do Yosemite Valley. Na pierwszy spacer udajemy się w pobliże pionowej, 1000-metrowej ściany El Capitan. Poprowadzono w niej już podobno ok. 100 dróg wspinaczkowych. Po jej lewej stronie widoczny jest wodospad, Ribbon Fall.

Po prawej stronie drogi huczy wodospad Bridalveil Fall. Nazwa (Welon Panny Młodej) zdaje się być adekwatna, wysokość wodospadu wynosi 188 metrów.

Środkiem doliny Yosemite płynie Merced River. Teraz, na początku maja, rzeka rozlana jest szeroko, łąki podtopione, a woda płynie leniwie i bardzo spokojnie. To pozytywny aspekt dla fotografów. Tu znajdujemy perfekcyjne, lustrzane odbicia wodospadów – Yosemite Falls.

Yosemite Falls to najwyższe wodospady Ameryki Północnej i piąte w rankingu światowym. Spadają trzystopniowo z wysokości 739 metrów.

Noc spędzamy w Mariposa, 32 mile poza parkiem.
Następnego dnia na śniadaniu jesteśmy pierwszymi gośćmi. W Yosemite pojawiamy się krótko po wschodzie słońca i natychmiast ruszamy w drogę do Mirror Lake. Szlak prowadzi wzdłuż strumienia Tenaya Creek.

Powietrze jest jeszcze chłodne, rześkie, szybko docieramy do celu. Mirror Lake w nazwie obiecuje „podwójne” krajobrazy, ale ze światła i kontrastów o poranku nie jestem zadowolona. Wciąż znajdujemy się w głębokim cieniu, w czasie gdy okoliczne klify są już jaskrawo oświetlone. No cóż, jak się nie ma co się lubi…

Dziś zatrzymujemy się na rozległej, częściowo zalanej łące, Cook’s Meadow. Stąd dokładnie widać górną i dolną część wodospadów Yosemite Falls.

Widok na Half Dome – charakterystyczną w formie bryłę granitu, choć pozbawiony wodospadów, jest wspaniały. Kilku fotografów koczuje tu od kilku godzin. Przypuszczam, że to entuzjaści „time lapse”…

Mogłabym polecić także rzut okiem na dolinę z punktu widokowego Glacier Point. Dla nas droga ta była dziś niestety zamknięta…

Opublikowano California | Otagowano , , , , , , , , , | 2 Komentarze